Smok Lodor czyli o tym, że to, co wydaje się wadą, może stać się największą siłą
Smok Lodor czyli o tym, że to, co wydaje się wadą, może
stać się największą siłą
Dawno temu, w Chinach albo gdzieś indziej żył smok. Pan
Smok. Nie był to sobie taki zwyczajny smok. Smokuś. Smoczydło. Nie był to sobie
taki n o r m a l n y smok. To, co go od innych odróżniało napawało raczej
wstydem, no zakłopotaniem, niż dumą. Pamiętasz przecież, że każdy szanujący się
smok, gad, żmij - ryczy, pluje jadem, wali ogonem, tratuje, a przede wszystkim
co? No jasne! Zionie. Ogniem rzecz jasna. Pali. Smoli. Wędzi. Piecze. . Jedne potrafiły rozpalić ognisko. Inne
topiły skały albo rozświetlały nocne niebo. A nasz smok? Pan Smok? Hm... Jakby
tu... On... mroził. Kiedy próbował zionąć ogniem, z jego pyska wydobywał się
delikatny biały obłoczek. Po chwili na trawie pojawiały się maleńkie kryształki
lodu.
Śmiały się inne smoki. Chichotały. Rechotały.
— To nie smok, tylko chodząca zamrażarka! — śmiały się inne
smoki.
— Uważajcie, jeszcze wam zupę schłodzi! — wołały.
- Lodor, podmuchaj mi na herbatę, bo gorąca – krzyknął
któryś co jakiś czas.
A on... udawał, że go
to nie boli. Ale bolało. Bardzo.
Napinał się. Spinał. Brał się w sobie. I co? I nic? No, może
niezupełnie nic, ale miast kłębów czarnego dymu - biały obłoczek pary, miast
czerwonych jęzorów ognia - białe kryształki szronu. Czy tak się zachowuje
poważny smok? Czy ktoś taki może porwać księżniczkę, hufiec rycerzy zawojować,
królestwem zawładnąć, skarby nieprzebyte zdobyć?
To skoro był już takim lodowym smokiem, to może miał choć
serce jak kamień twarde, jak lód zimne? Gdzie tam! Tkliwy był. Łagodny. Do
wzruszenia skory.
Z dalekiego Kitaju smoki prężyły dumnie swe tęczowe
grzbiety. Hołdy królewskie odbierały. Zbrojne w rogowe kolczugi smoki z Północy
błoniastymi skrzydłami słońce nad miastami zakrywały.
A nasza Gadzina? Ot wróbla kiedyś znalazł. Ptaszynę małą
skostniałą z zimna, pierwszym przymrozkiem o śmierć niemal przyprawioną. Leżał
ptaszek pod krzakiem bez ducha, zmarzłe piórka jego skrzypiały pod dotykiem
palców. Żal się smokowi zrobiło żyjątka. — Pomogę ci — wyszeptał.
W łapę je wziął, ciepłym oddechem chciał ogrzać. Zapomniał.
Zapomniał, jak to z nim jest! Zamiast ciepłego tchu lodowaty powiew z głębi
siebie dobył. Zamarł ptaszek w bryle lodu jak mucha w bursztyn zaklęta.
Szczęście jego wielkie, że całe lato nie próżnował. Sadełka
sobie pod skórą nagromadził - słowem tłuściutki był. Klucha taka. Przeleżał się
całkiem zahibernowany do wiosny, póki słonko lodu nie roztopiło, przeciągnął
się, zatrzepotał skrzydełkami i poleciał. Tyle tylko, że od tej pory jak chłód
przychodzi trochę w kościach go łupie.
A nasz smok? A co z naszym smokiem?! Ze wstydu mało pod
ziemię się nie zapadł. Nie dość, że dobry uczynek chciał spełnić, to jeszcze mu
nie wyszło. Udawać, że chciał wróbla unicestwić też nie mógł, bo cóż to za
chwalba, żeby smok wielki wróbelka małego gnębił.
Od tamtej pory coraz
rzadziej próbował czegokolwiek. Nie zgłaszał się do smokowych zawodów.
Nie chciał latać z innymi. Nie odzywał się na lekcjach.
Myślał:
"Po co próbować? I tak jestem gorszy."
Z czasem zaczął wierzyć, że inni mają rację. Że jest
pomyłką.
Uciec zatem postanowił dalej jeszcze niźli pieprz rośnie,
niż raki zimują.
Czy nie wydawało ci się nigdy niesprawiedliwe, że na
Biegunie Południowym jest tak samo zimno, albo i zimniej, jak na Północnym?
Jeśli tak, to całkiem słusznie. Bardzo słusznie. Ale wiedz, że nie zawsze tak
było.
Dawno temu, przed wszystkim, co pamiętają najstarsze żółwie
było tak, że im dalej wędrowało się na południe, tym było cieplej. Goręcej.
Upalniej. Aż w końcu dochodziło się do krainy, gdzie żyli ludzie tak czarni,
że... No może wystarcz ci, jak powiem, że mieli oni nawet czarne zęby, nawet
białka oczu jak heban mieli.
W tej krainie ludzie nigdy nie widzieli wody, bo każda jej
kropla w kłębuszek pary natychmiast się zamieniała . Im samym w żyłach zamiast
krwi przesypywał się drobniutki piasek. Do tej krainy trafił w końcu nasz Smok.
Straszliwy upał, jaki tam panował, sprawił, że wszystko drgało i falowało przed
oczami. Ludzie każdą plamkę cienia wykorzystywali, aby skryć się przed skwarem.
Wachlowali się też bez ustanku wszystkim, co tylko w ręce im wpadło.
Lodor patrzył na nich ze smutkiem.
— Chciałbym pomóc... ale przecież wszystko, czego dotknę,
kończy się źle...
Ale w końcu i jemu upał dał się we znaki. Smok niewiele
myśląc w łapy począł chuchać, tak jak my chuchamy zimą w ręce, aby się ogrzać.
Tylko, że on zrobił to w dokładnie odwrotnym celu. Przyjemny chłodek rozszedł
się po jego cielsku. Popatrzył na ledwie dyszących z upału ludzi i już
wiedział, co zrobić. Wziął się w sobie. Nadął się. I zaczął zionąć. Dmuchał i
chuchał z głębi siebie dobywając zamróz tak wielki, że mamuty by zmarzły. Tak
się w tym zapamiętał, że ocknął się dopiero, gdy cała okolica pokryta była
grubą warstwą śniegu i lodu.
Ludzi już dawno nie było. Początkowo miło im było, że
powietrze przestało parzyć w płuca. Potem zdziwili się, że można przestać
nieustannie poruszać trzymanym w ręce przedmiotem.
Dopiero później się spostrzegli, że ich skóra robi się
dziwnie blada, a włosy zaczynają jakoś tak sterczeć. Nikt nie wiedział, jak
nazwać to dziwne uczucie. A oni marznąć po prostu zaczęli! Gęsiej skórki i
dygotek na całym ciele dostali!
Jak już powiedziałem Smok, kiedy otworzył oczy nie zobaczył
już ludzi. Do głowy myśli najgorsze mu przyszły, najczarniejsze przypuszczenia.
Nie wiedział, że wszystkim udało się uciec balonami, w które resztki gorącego
powietrza schwycili. Smok tego jednak nie wiedział i popadł w rozpacz, że znów
zamiast pomóc, krzywdę komuś wyrządził. Smutek go taki ogarnął, że pomyślał, że
lepiej będzie, jak pójdzie spać. Jak pomyślał, tak zrobił.
Obudziły go jakieś dziwne hałasy. Mrużąc ciężkie od snu
powieki zobaczył stworzonka w bielutkich koszulach i wytwornych czarnych
marynarkach baraszkujące wśród śnieżnych zasp, zjeżdżające na brzuchach po
lodowych pochylniach, pluskających się w lodowatej wodzie i serfujących na
krach. To pingwiny!
Odkryły prawdziwy raj
dla siebie. Dotąd musiały się chronić przed gorącem w ciemnych wilgotnych
norach, brudnych jaskiniach, a teraz nie posiadały się z radości.
Jedno z pingwiniątek zobaczyło Lodora.
— Jesteś smokiem?
— Tak...
— To dlatego potrafisz robić cuda.
Lodor spuścił głowę.
— Nie. Ja potrafię tylko wszystko zamrażać.
Pingwinek popatrzył na niego ze zdziwieniem.
— Naprawdę?
— Tak.
— To dlaczego się tego wstydzisz?
— Bo smoki powinny dawać ogień.
Pingwinek roześmiał się.
— A my właśnie potrzebowaliśmy chłodu.
Po raz pierwszy od bardzo dawna Lodor zastanowił się, czy
możliwe jest, że...
...nie wszędzie trzeba być takim samym. Przypomniał sobie
wszystkie chwile, kiedy chciał się poddać. Wszystkie dni, kiedy uwierzył, że
jest niewystarczający. I zrozumiał coś bardzo ważnego.
Nie zmienił się jego oddech.
Nie nauczył się zionąć ogniem.
Nie stał się kimś innym.
Zmieniło się tylko to, jak patrzył na siebie.
Bo czasem największą przeszkodą nie jest to, czego nie
potrafimy.
Największą przeszkodą jest wiara, że nigdy nie będziemy
wystarczająco dobrzy.
Widząc szczęśliwe ptaki smok pomyślał - Może nie jestem taki
całkiem do niczego - i zasnął znowu. Śpi pewnie do tej pory i tylko czasem śnią
mu się kolorowe sny, a ludzie wtedy mówią, że to Zorza Polarna.
Bo świat nie potrzebował kolejnego smoka takiego jak inne
smoki. Świat czekał właśnie na takiego smoka jak Lodor.






Komentarze
Prześlij komentarz